Wczoraj miałam straszny napad. Jadłam niemal co 2 godziny. Dżizusie Chrystusie...
_____________________________
Śniadanie w worku wyniesione ze śmieciami do kosza. Warzywny gulaszo- leczo z ryżem skończyło podobnie. Ach, wyglądało tak smakowicie...
Dzisiaj jest lepiej. Zjadłam karmelowego batonika Milki i dziesięć czereśni. Teraz wieczorem, gdy to piszę, doskwiera mi ogromna ochota na jedzenie. Na obojętnie co, byle by było.
Za to jestem mega zadowolona z dzisiejszej jazdy konnej! Poczułam więź i współpracę z koniem, za którym (do dzisiejszego dnia :)) średnio przepadałam. Teraz widzę, że warto się nie zniechęcać za pierwszym nieudanym razem, bo przecież "trening czyni mistrza" i jak nie za tym, to może za następnym podejściem będzie lepiej. To piękne zdanie odrobinę zniwelowało moje uczucie głodu, chyba właśnie się podbudowałam :)
Zaraz lecę spać, aby pozbyć się myśli o jedzeniu,
Dobranoc :*